Dziś na blogu goszczę zwycięzcę turnieju regionalnego w Bydgoszczy Wojciecha WOJTA Strychalskiego, który obszernie relacjonuje swoje wrażenia z turnieju. Zapraszam do lektury
Zapiski z bydgoskiej Inwazji
Wpierw o
talii
Miesiąc
czerwiec niestety nie lubi się z Inwazją. Masa projektów, zaliczeń i sesja
egzaminacyjna sprawiły, że wraz z jego nadejściem moje pudełko z kartami
trafiło na półkę i kurzyło się na niej do dnia 28 wspomnianego miesiąca. Traf
chciał, że akurat w tym pudełku mieściła się talia, którą już trochę pograłem,
dopracowałem i nie najgorzej wypadłem na trzech lokalnych turniejach, a co
najważniejsze widziałem w niej spory potencjał i czułem moc. Pomysł stworzenia
talii Imperium narodził się u mnie kiedy tylko zaczęły pojawiać się wioski
rasowe, pomyślałem, że takowa dla Imperium może być wielkim boostem
ekonomicznym – tania lojalka i młotek + świetna współpraca z misją Wojenny
werbunek. Założyłem sobie, że poczekam aż Smerfy dostaną Posąg imperatora i
wreszcie trochę nimi pogram, bo do tej pory jakoś niewiele nimi pykałem,
głównie przez to, że na Verenie grać nie lubię, a nowe karty dla tej rasy nie
inspirowały mnie do zbudowania jakiejś nowej, ciekawej talii, inaczej ujmując
Imperium dostawało straszny szrot od połowy Cyklu Krwawej wyprawy. Stworzyłem,
więc talię nudną, opartą na starych dobrych kartach (najświeższa karta, nie
licząc rasowej wiochy to Wybraniec imperatora, który wyszedł w dodatku Rising
dawn, czyli jakiś rok temu). Żeby nie było tak do końca drętwo dodałem Karla
Franza, który w erze odwrotu chaosowej kontroli miał szansę aby trochę pobawić
się rozwinięciami. Początkowa wersja decka miała Innowację zamiast Rodryka, ale
to była już za duża ekstrawagancja, a świetna ekonomia sprawiała, że Inno była
kompletnie zbędna. Wejście do talii Rodryka podniosło jej jakość co najmniej o
50%. Było w międzyczasie jeszcze kilka zmian, raczej subtelnych. Ostatecznie
wyszło coś takiego:

Styl gry talii to oczywiście
kontrola, przy jednoczesnym rozwoju własnej ekonomii – co zapewniały jednostki
kontrolne (Elita, Rodryk), które przy okazji dają młotek. Ekonomia działała
wprost niesamowicie (przeciętnie od 3 tury miałem 7-10 kasy), ponieważ w początkowych
turach inwestowałem w kingdom, karty dobierałem za pomocą Wojennego werbunku (z
tanimi wsparciami śmigał pięknie) albo dopiero po wyjściu Hemmlera. Założeniem
podstawowym było granie wsparć do królestwa, jednostek do misji – miało to na
celu uniknięcie przewinięcia i optymalizację własnego dociągu – jednostkami
zawsze mogłem z misji uciec. Atak rozpoczynałem zwykle najwcześniej od 4 tury,
tutaj oczywiście główną siłę stanowił nazista wsparty Wybrańcami imperatora i
Panterami, brakujące młotki dokładał też Karl.
Grę prowadziłem najczęściej w dwóch wariantach (w zależności od swojej
pierwszej ręki i startu przeciwnika):
1) Kontrola Rodrykami i Elitami od pierwszej tury (najlepsze rozwiązanie przy
słabym starcie przeciwnika) i następnie w 3-4 turze kontrola jedynie
infiltracją i w międzyczasie wystawienie Hemmlera/Karla.
2) W pierwszej turze coś na 5 kasy w kingdoma: Posąg +Pantera, Posąg +Zoo, sama
Pantera (jeżeli była dyscyplina na łapie albo milicja do osłony przed Lobberem)
itp. opcji na 5 hajsu w drugiej turze była mnogość, a w drugiej turze Hemmler
do kingdoma + Powóz Czerwonej Strzały. W ten sposób w trzeciej turze mam 9 kasy
i dobieram 6 kart – nieźle. Mając takie zasoby albo srogo kontrolowałem
przeciwnika albo wystawiałem Karla + jednostkę do battlefielda, przesuwałem
Hemmlera i rozpoczynałem palenie ( zostawiając jeden kabony na infiltrację).
Opisując działanie i współpracę
poszczególnych kart, doświadczonych graczy zanudzę, bo znają to na pamięć, ale
mimo wszystko napiszę – może ktoś początkujący skorzysta. Więc tak:
- Milicja
– obecna w każdym imperialnym decku, 3hp za 0 – jak można tego nie
wziąć: broni stolicy, legendy, wchodzi na misje, ochrania przed lobberem, przed
raiding camps, daje lojalkę – lista zalet długa, wad brak
- Łowcy – jedna sztuka zaplątała się w roli zapchajdziury, czasem wchodzili na
misję i pomagali dociągnąć parę kart, tania lojalka
- Rycerze Pantery – świetna jednostka o niskim koszcie, z jedną lojalką,
idealna na start, bardzo uniwersalna – umożliwiała wyjście Hemmlera w drugiej
turze, w razie potrzeby dodawała młotki konieczne do spalenia lub pozwalała
dociągnąć więcej kart
- Wybraniec imperatora – do talii, która ma sporo opcji skakani po strefach
jednostka obowiązkowa – fantastyczny do obrony, bardzo dobry do ataku gdzie
wyczarowywał młotki, straszył też trochę po wyjściu z End timesa przeciwnika
- Elita Osterknachtów
i Łupieżcy Rodryka
– czysta moc, kontrola wsparć i jednostek przeciwnika zawarta w jednostkach,
wychodzą dając młotek i zabierają go przeciwnikowi; ponadto hulają z Wezwaniem
rezerw aż miło dając możliwość cofnięcia jakiejś kluczowej jednostki na rękę
albo odwrócenie wparcia (np. Świętego kotła DE); ponadto mają po 3 w plecach,
więc nie jest łatwo ich zdjąć, co było bardzo istotne przy obronie Karola –
czego chcieć więcej?
-
Friedrich Hemmler – nie wiem kto
wymyślił, żeby karta mająca takie statystyki i tak potężną zdolność kosztowała
5 i 2 lojalki, z drugiej strony co poczęłoby Imperum bez swojego
najpotężniejszego czarodzieja? – ten gość w mojej talii, dzięki skakaniu między
strefami, robił wszystko: wcisk, ekonomię, defensywę – pięć młotków i pięć hp,
które można dowolnie przesuwać to nieprawdopodobna potęga, a wystawienie go to
pryszcz
- Karl Franz – zawodnik, który miał robić różnicę i dawać przewagę i to robił;
wystawienie go przy znakomitej ekonomii i niewielu taliach kontrolnych w meta
nie było trudne, a kiedy wychodził, a ja miałem do dyspozycji 2-3 rozwinięcia i
kilka jednostek na stole był praktycznie nie do zabicia; tworzył on defensywny
mur niemożliwy do przebicia dla większości talii, które chciały mnie
tradycyjnie spalić; zwykle wyjście imperatora dawało też sygnał do ataku:
przesunięty do BF Hemmler + Karl = 7 młotków wystarczyło dołożyć jednego unita
do osiągnięcia niezbędnych 8
- Żelazna dyscyplina – imperialny standard, niesamowicie uniwersalna karta,
która potrafi pokrzyżować plany przeciwnika na sto różnych sposobów
- Podwojenie straży – karta używana przy nadmiarze Karli Franzów na ręce lub w
wypadku desperackiej potrzeby dociągnięcia jakiejś karty, przydawała się
rzadko, ale kilka razy poratowała mi skórę
- Infiltracja – niesamowicie silna karta, która pozwala skontrolować
przeciwnika za śmieszny koszt, kosa właściwie na wszystkie talie, szczególnie
na te, które nie mają opcji doboru kart poza swoją turą; jej zapętlenie z
Porządkiem w chaosie potrafi założyć przeciwnikowi totalnego locka, a kiedy ten
nic nie robi, bo nie ma kart, można go bezkarnie palić
- Porządek w chosie – do talii wzięty głównie po to żeby cofać Infiltrację do
łapy, ale cofał po prostu to co akurat było potrzebne: Wezwanie rezerw,
Dyscyplinę, Milicję; można też wykorzystać do przykrycia Kolczastych sideł Dark
elfowi, do uratowania się przed przewinięciem, do przystopowania End timesa –
kilka zastosowań jest, jednak w pierwszych turach często szedł na rozwinięcie
- Wezwanie rezerw – współpracowało głównie z Rodrykami i Osterknachtami,
dublując ich efekty przy wejściu do gry, ale ogólnie jest to bardzo uniwersalna
karta, która przydawała się tę do przesuwania wybrańca imperatora albo
chronienia jednostek przed celowanym efektem; przy grze na Rodrykach must have
razy 3
- Wojenny werbunek – prawdziwy majonez, karta, która niesamowicie akceleruje
ekonomię, kiedy dojdzie w pierwszych turach praktycznie nie trzeba grać młotków
w questa; mając w talii 8 wsparć o koszcie poniżej 2 brałem karty jak chciałem;
dodatkowo już przy wejściu daje kartę, lojalkę, tańczy i śpiewa – dla mnie
obowiązkowa pozycja w każdej niebieskiej talii
- Powóz Czerwonej strzały – klasowa limuzyna dla Friedricha Hemmlera, który
woził się w niej jak murzyński gangsta produkując masę żetonów, kart i
atakując; świetna na starcie i stworzona pod wojenny werbunek; kiedyś chciałem
zredukować do dwóch sztuk, ale to był głupi pomysł
- Posąg cesarza i Imperialne zoo – ekonomiczne fundamenty mojej talii, znikomy
koszt, młotek i karty dociągane z misji – to ich atuty; Zoo ma jeszcze dwie
dodatkowe zalety – można je podrasować lub z Podwojenia straży w razie potrzeby
zrzucić- odrzucić można też
- Świątynia Sigmara – czy tu trzeba coś pisać? Jedno z najlepszych wsparć w
grze, sól w oku Chaosu i kontrolnych DE – po prostu nie można nie mieć

Tera o
turnieju
Na turniej jechałem dość mocno
zmęczony dopiero co zakończoną sesją (połączoną z małą ilością snu) oraz
piątkową posesyjną libacją i pieszą wycieczką na plażę w Sopocie, gdzie skromne
grono studentów PG (jakieś 2000 osób) świętowało zakończenie letniej sesji. W
pewnym momencie, kiedy siedziałem w pociągu przeszła mi nawet przez głowę myśl
– kurna nie chce mi się grać, trzeba było jechać do domu, wtedy przysnąłem
odłączając się od inwazyjnej dyskusji prowadzonej przez Filka, Kubalę, Mamuta i
Melomana, podczas której większość chłopaków spisała też deck listy. Obudziłem
się kilkadziesiąt minut później z lepszym nastawieniem, bez spisu talii,
chwilowe zwątpienie przeminęło. Dobrze zrobiła mi też chyba konkretna
przechadzka z dworca do kwatery i potem do turniejowej miejscówki – trochę
przewietrzyłem czerep. Spory dystans jaki mieliśmy do pokonania i odrobina
motania się w bydgoskich uliczkach sprawiły, że do Cafe Kino dotarliśmy może
dwie minuty przed 11. Widok znajomych i kilku nieznajomych twarzy, przywitanie
i szybkie spisanie deck listy – z rozpoczęciem grania nikt się specjalnie nie
spieszył, więc była chwila aby zamienić parę słów z ludźmi i zwiedzić lokal,
który robił naprawdę dobre wrażenie. Około 11:30 zaczęło się.
I runda 2:0 Filku (krasnoludy kontrolno – agresywne)
Z Filkiem przyjechaliśmy z Gdańska, żeby spotkać się już w pierwszej grze. Obaj
znakomicie znaliśmy wzajemnie swoje talie
– Filku miał Dwarfy – bardzo podobne do tych, którymi grał na Assault on
Wrocław gdzie mieliśmy okazję grać, on moją talię znał z dwóch gdańskich
turniejów gdzie również przeciwko sobie graliśmy. Z Filkiem stoczyliśmy już
wiele pojedynków – raz wygrywał on, raz ja. Tym razem szczęście okazało się być
po mojej stronie. Filku w obu grach miał słabe starty od razu kontrolowane
Rodrykami i Elitami, potem do głosu dochodziła infiltracja, która Dwarfy udupia
niemiłosiernie – to poskutkowało moją szybką wygraną.
II runda 2:0 Kubala (Imperium z Rodrykiem)
Kolejna runda i kolejny przeciwnik z Trójmiasta – „kur** no nie…” czy ja jadę
na Regionalsy, żeby grać z ludźmi, z którymi gram na co dzień, ale cóż
jedziemy. Znowu tego dnia nie
zaczynałem, co nie jest takie złe, bo to Kubala
pierwszy oberwie Rodrykiem – tak też się dzieje, lepsza ekonomia po
mojej stronie wytwarza w końcu przewagę, której mój przeciwnik już nie mógł się
przeciwstawić – pierwsza gra dla mnie. W drugiej imperialista z przeciwnej
strony stołu ma bardzo słaby start – wychodzi chyba tylko z misji za dwa w
pierwszej turze. U mnie syci – szybko się rozbudowuję i palę. 2:0.
III runda 1:0 Góral (Dwarfy mocno defensywne)
W kolejnej rundzie przyszło mi się zmierzyć z początkującym kolegą z
Bydgoszczy, który bardzo dobrze rozpoczął turniej. Wreszcie zaczynam i co z
tego skoro po mulliganie średniej ręki dostaję najgorszą rękę na całym turnieju
– jedyne co gram w pierwszej turze to Doubling of the Guard za dwa i biorę 2
karty, bo więcej lojalki na łapie nie mam – na szczęście dobieram coś co mogę
wystawić! W następnej turze. Miałem farta, że Góral nie kwapił się do ataku i
rozwijał głównie królestwo, brał mało kart, a gdy chciał wziąć więcej zaczął
dostawać Infiltrację co turę, a ja w tym czasie budowałem potęgę, w końcu
weszli Hemmler i Karl, a ja przyczaiłem się z wezwaniem rezerw na obronną Helgę
z Ancestorsów i było po zabawie. Druga gra zaczęła się standardowo: Góral
Tunele i dewka, ja Rodryk. W drugiej turze wszystko co on ma to 3 dewki –
wystawia Tunnel fightera i Kazadora ze standa – robi się nieciekawie. Od
drugiej tury dostaję wcisk za 5, najpierw w battle fielda. Wystawiam Wybrańca
imperatora z taksówką do misji i dokładam rozwinięcie w batka. Udaje mi się
ukatrupić tunnel fightera Lincolnem i moja strefa zostaje na jednym
rozwinięciu. Przeciwnik dostawia Grombrindali i dopala BF, mnie nie dochodzi
zbyt dużo jednostek żeby ustawić porządną obronę – ustawiam co mam do Kingdoma
i Questa i myślę sobie przetrzymam jeszcze turę, coś dojdzie i już nie będzie
tak źle i tu się zdziwiłem, bo w następnej turze wchodzi WILLPOWER na Kazadora
i nagle obrywam za 10 w Questa – stoję na dwóch hp. W następnej turze wreszcie
doszła mi bodajże milicja i Osterknacht, którym cofnąłem Kazika na rękę mimo
dopłaty. Ledwo udało się utrzymać 1:0.
IV runda 0:1 Przemo (DE na End Timesie)
Kiedy kończyłem grę z Góralem, ktoś (chyba Filku) podszedł do mnie i powiedział
„zaraz Przemo cię zweryfikuje” i rzeczywiście tak miało być. Pierwsza gra
zapowiadała, że nie pogramy dłużej niż 20 minut – potężne wyjście end timesa –
m.in. 2 Bloodthirstery i orkowy Warboss i zostałem spalony w 3 turze. Druga gra
już tak łatwo Przemowi nie poszła – broniłem się zaciekle. End Times też
wyszedł nieźle, ale trochę później a ja byłem już nieźle obstawiony unitami we
wszystkich strefach i przetrzymałem napór, ale sytuacja była beznadziejna –
skupiając się na obronie, w ogóle nie atakowałem. Prawda jest taka, że zabrakło
tury żebym przegrał 0:2. Cóż zostałem zweryfikowany, ale nie do końca tak
brutalnie jakby można się tego spodziewać, były iskierki nadziei. Zebrałem
trochę doświadczenia, które miało zaprocentować później.
V runda 2:0 Nastiuk (Orki na Wurrzagu)
Kolejnym przeciwnikiem był jeden z najmłodszych przedstawicieli sceny
Wrocławskiej, z którym dawno temu miałem okazję grać na Bitwie o Złoto Północy
w Gdańsku – Nastiuk. Wtedy on był górą, a gra którą stoczyliśmy zapadła mi w
pamięć przez mój tragiczny błąd, który przechylił szalę zwycięstwa na stronę przeciwnika.
Chciałem się zrewanżować. Wiedziałem, że nie będzie to proste, bo zielonoskóre
hordy prowadzone przez szalonego Wurrzaga, były bardzo ciężkim przeciwnikiem
dla mojej talii. W pierwszej grze wszystko idzie dobrze, rozwijam się, ale
wystawiam same jednostki – cóż, taka ręka, dobierze rzyga będzie kaplica, on
dobiera po dwie – trzy karty przez 3 tury, Vomit nie dochodzi, potem dopomagam
żeby go nie dobrał Infiltracją i w międzyczasie palę Hemmlerem – udało się –
I’m lucky bastard. Druga gra zaczyna się od wzajemnej kontroli, w której ja
osiągam przewagę, jednego Rodryka przezornie wkładam do BF żeby mieć już jakiś
młotek w podorędziu, na wypadek gdyby Wurrzag pojawił się na stole. W następnej
turze tak też się dzieje. Nastiuk ma Wurrzaga, Scrapa i Raiderów i 0 kasy,
atakuje bez akcji z szamana, ja przesuwam taksówką pantery żeby obronić i zabić
raidera, wtedy on chce go poświęcić z Rytuałau i wypluć Grimgora, już zaczynam
czyścić swój kingdom, ale zaraz, zaraz… zauważam, że brakuje mu lojalki, suporty
wracają na stół. W następnej turze wezwanie rezerw na Wybrańca imperatora –
atak za 3 na Wurrzaga przez niebronionego questa. Nastiuk poddaje grę.
VI runda 0:2 Metatron (DE przewijarka na End Timesie)
Przed tą grą poszedłem rzucić okiem na tabelę i wydało mi się, że niezależnie
od wyniku ostatniego meczu jestem już w topce (co było prawdą, ale wtedy nie
byłem tego do końca pewien). Z Metatronem grałem już parę razy i zawsze
zbierałem srogie cięgi, nie wygrywając z nim do tej pory nawet pojedynczej gry.
Nie inaczej było tym razem. W obu grach zostałem zmiażdżony i przewinięty jak
młody. Nie miałem nawet cienia szans aby zaistnieć, moja kontrola w ogóle na
Metatrona nie działała, robił co chciał. W momencie kiedy w drugiej grze kiedy
wreszcie dokopałem się do 5 kasy aby wystawić Hemmlera i miałem około 10 kart
na ręce on wyrzucił mi Hemmlera z ręki trafiając na randomie właśnie jego.
Niech głośne i szczere „Kurwa mać” jakie wówczas wyrwało się z mojej piersi
będzie podsumowaniem tego pojedynku.
Godzinną przerwę jaka
przewidziana była po rundzie zasadniczej spożytkowałem na spożycie obiadu. W
międzyczasie dowiedziałem się, że w ćwierćfinale zagram z Wilkiem, a nie z
Przemem jak błędnie myślałem. Zasięgnąłem też co nieco języka o talii
przeciwnika (elo rap) i kiedy dowiedziałem się jaka to talia z optymizmem
spojrzałem w przyszłość.
Ćwierćfinał 2:0 Wilk (Chaos na Khorvaku i Dyskach)
Talię mojego przeciwnika już znałem, ale nie znałem jego samego, więc przed
przystąpieniem do gry poznaliśmy się i zrobiliśmy wspólne zdjęcie (podziwiać
można na blogu Wilka). Plan na tę grę miałem prosty – Infiltracja i nie dać
wbić sobie za dużo obrażeń w stolicę, ponieważ Unleash. Plany zwykle weryfikuje
rzeczywistość. Pierwszą grę zaczyna Wilk, ma dość standardowy start chyba z dwóch
młotków, ja startuje znakomicie jak na grę przeciwko chaosowi: milicja i
kościół w kingdoma i chyba jeszcze wsparcie za 1 – póki co jestem
niekontrolowalny. Rozwijam się, on też -
kart bierze masę, bo infiltracji ni widu, ni słychu. W pewnym momencie dostaję
atak za 6 w stolicę i to powoduje alarm, bo po jego stronie stołu leży już
minimum 6 rozwinięć (kilka sam mu zafundowałem Rodrykiem). Do gry wchodzi Karl,
który ma zapewnić, że mojej stolicy w ataku już żadne obrażenie nie zostanie
zadane i rozpocząć palenie stref przeciwnika – jak zwykle spisuje się. Ponadto,
zostawiam kasę na wezwanie rezerw, dzięki któremu niweczę kolejny atak Wilka (dwoma spawnami z dyskami) Osterknachtem. Potem Hemmler i
Karl dopalają niebronione strefy pola bitwy i królestwa przeciwnika. Jestem
blisko półfinału. W drugiej grze ja mam bliźniaczy start do tego w pierwszym
starciu i udaje mi się mocniej kontrolować Wilka, on przez chwilę hula
Ptasiorem, udaje mu się nawet coś mi zniszczyć z Riding Camps, ale w końcu
Czarnoksiężnik obrywa Osterknachtem i to właściwie zakończyło emocje. Na stole
pojawił się cesarz i po raz kolejny imperium zatryumfowało. Mój bardzo
sympatyczny przeciwnik po przegranej wręczył mi swój skalp – w postaci
eleganckiego plastikowego żetonu spalenia – dzięki Wilku. Właśnie osiągnąłem
inwazyjny życiowy sukces, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia.
Półfinał 2:1 Kubala
Z Kubalą stoczyłem już bardzo wiele pojedynków (jeden nawet na tym turnieju),
ale ani razu z nim nie przegrałem, więc pomyślałem: dlaczego miałbym polec tym
razem? Pierwsza gra rzeczywiście zwiastowała, że i tym razem to ja wygram:
mimo, że nie zaczynałem, wyprzedziłem przeciwnika zdecydowanie w kontrolno-
ekonomicznym wyścigu i spaliłem. W drugiej grze to Kubala przejął inicjatywę i
dodatkowo mocno docisnął mnie Wolną kompanią przetrzebiając srogo moją rękę. W
akcie desperacji udało mi się jeszcze wystawić Karla Franza, który farciarsko
doszedł w jednej karcie, ale to nie pomogło, bo Kubala cofnął moje jednostki na
rękę i wykombinował młotki żeby zabić imperatora. Poddałem się, moim błędem
było że tak późno, bo tak naprawdę powinienem był to zrobić już dwie tury
wcześniej. Na ostatnią grę zostało 10 minut – trzeba iść na wcisk. Szczęście
dopisało, dostaję znakomitą rękę: tanie wsparcia na 5 kasy w królestwo, Rodryk
do skontrolowania i co najważniejsze: Hemmler. Zaczynamy: ja wsparcia do
kingdoma, Kubala wstawia wsparcie i jednostkę. Kontroluję mu wsparcie Rodrykiem
do BF i rozpoczynam atak, w następnej turze do akcji wchodzi Hemmler, którego
Kubala nie dostał do końca gry, mimo że brał po 2-3 karty, a ja całą grę
jechałem na 1. Jego atak opierał się na Lincolnie wielokrotnie przesuwanym
Ukrytym agentem i powozami. Przed ostatnią turą on ma spaloną strefę i 6
obrażeń w drugiej, ja spaloną i 1 obrażenie. Przed wzięciem kasy Kubala za chce
przejechać Elitą do Królestwa, żeby mieć 5 zasobów, ja mu to uniemożliwiam
Dyscypliną, która była moją jedyną kartą na ręce – Hemmlera na pewno nie
będzie, nawet jak go dobierze. Kubala dociąga 3 karciochy, chwile się
zastanawia i dochodzi do wniosku że więcej niż 4 nie uciuła – jestem w finale.
Tu szacuneczek dla Kubali za znakomitą, szybką grę i świetny wynik.

Finał 2:0 Przemo
Kolejna na tym turnieju powtórka z rozrywki. Wiedziałem już co mniej więcej
muszę grać żeby przeciwstawić się talii Przema, z drugiej strony byłem
świadomy, że jak End Times wyjdzie mu za szybko i za dobrze to nie będę miał
wiele do powiedzenia. Zaczynamy. Maksymalna koncentracja. W pierwszej grze
stopuję przeciwnika jak tylko mogę w efekcie czego End Times wychodzi dość
późno i w momencie gdy ja jestem na niego przygotowany a Przemo ma już spaloną
strefę. Wchodzi dość nieźle, pojawia się m.in. Orkowy Warboss (na którego
czekałem z Wezwaniem rezerw), u mnie wychodzą 3 Lincolny, straszące kontratakiem.
Z tego co pamiętam moje królestwo zostaje spalone, ale Przemo popełnia błąd nie
dając żadnych obrońców do misji, ja dokładam potrzebne młotki i ją spalam. Sam
nie wierzę – prowadzę 1:0. Drugą grę zaczyna Przemo – Ofiara i Potomkowie
nieszczęść na Heroica, ja to kontruje Milicją i Elitą. W drugiej turze Przemo
zmienia plan i zaczyna atakować nietoperzami, a te w dwie tury zrzucają 2 End
timesy na discard, upewniam się czy to co widziałem jest prawdą, przeglądając
stos kart odrzuconych przeciwnika i rzeczywiście znajduję tam dwa E.T. Trzeci
End Times jest ukryty pod misją. W tym momencie dochodzi do mnie myśl, że jak
nie dam mu uruchomić Heroica to nie mogę tego przegrać. Łeb zaczyna mi
pulsować, jakby miał zaraz wybuchnąć. Biorę się w garść i atakuję jedną z
niebronionych stref. W następnej turze Przemowi udaje się zgromadzić dwa żetony
na Heroic tasku i atakuje on w moją misję
nietoperzami i chodzącą ofiarą, stoi tam Hemmler, który mógłby obronić,
ale to dałoby trzeci żeton na misji, wybór jest prosty – puszczam atak, moja
misja płonie. Kolejna tura to wejście Osteknachta, który czyści Heroica i do
spółki z Hemmlerem pali napoczętą strefę. W mojej kolejnej turze mam już 6
młotków w BF i 4 kasy. Analizuje wszystko co jeszcze może zrobić mój przeciwnik
żeby się obronić, zastanawiam się z 2 minuty i stwierdzam, że chyba już nic.
Wstawiam dwóch Wybrańców imperatora i mówię „atakuję”. Przemo podaje mi rękę.
Koniec. Wygrałem. Jestem lekko zszokowany. Ludzie biją brawo i podchodzą z
gratulacjami. Z uśmiechniętą gębą
odbieram nagrodę – Chaos w Starym Świecie (zawsze chciałem tę grę mieć) i
bardzo ładny, spory puchar. Taki był koniec głównego eventu.
Odnieśliśmy nasze zdobycze
(dwa puchary dla północy) do schroniska, trochę się odświeżyliśmy i ruszyliśmy
na integrację. Okazało się, że warunki w lokalu były bardzo sprzyjające dla
ludzi, którzy chcą posiedzieć i pogadać – mieliśmy dla siebie praktycznie całą
dużą salę, a muzyka była dość cicha i dobra. Popiliśmy trochę piwka i wódeczki
(dzięki tym, którzy stawiali m.in. Michnik), pogadaliśmy. Niestety musiałem
zwinąć się dość wcześnie, bo mój mały braciszek się zmęczył i trzeba było go
odstawić do spania. Następnego dnia pyknęliśmy jeszcze drużynówkę na pełnym
luzie, w której, w parze z Melomanem zajęliśmy drugie miejsce.
I to by było na tyle. Dzięki
wszystkim obecnym na turnieju, za świetne gry, super pomysły na decki i dobrą
atmosferę, w szczególności dziękuję ekipie, z którą jechałem czyli : Filkowi
(człowiek, który zwołał ekipę, załatwił nocleg i był absolutnym mistrzem tej
imprezy „Pamiętajcie. Co się dzieje na regionalsach zostaje na regionalsach”),
Kubali, Mamutowi (wielki powrót) i Melomanowi.
Szacunek dla wszystkich, którzy dobrnęli do końca tej przydługiej opowieści.
Dzięki że, chciało wam się to przeczytać, mam nadzieję, że nie była to dla was
droga przez mękę. Pozdro dla wszystkich i do zobaczenia na kolejnych
turniejach.
PS: Dzięki dla Jimmy’ego za zaproszenie na bloga.